powrót

 

   
 

  

Mariusz Zaruski
WYPRAWA PO CIAŁO KLIMKA BACHLEDY
14- 16 sierpnia 1910 r.

Stanisław Szulakiewicz, słuchacz Politechniki ze Lwowa, zginął na północnej ścianie Małego Jaworowego dnia 6 sierpnia 1910 r. Klimek Bachleda, śpiesząc mu na ratunek, zginął tegoż dnia na tej samej ścianie. W piątek 14 sierpnia pojechaliśmy   do Jaworzyny w liczbie osiemnastu wraz z ochotnikami, których zebrał członek Straży Ratunkowej, znany poeta dziś nie żyjący, Jerzy Żuławski. Oddział jego spotkaliśmy byli poprzedniego dnia w drodze i zawrócili do Zakopanego.
W sobotę o trzeciej rano wyruszyliśmy na poszukiwania. Podzieliłem uczestników na cztery oddziały: jeden pod kierunkiem S. Mazurkiewicza miał udać się przez Przełęcz Jaworową i przeszukać stoki od Staroleśnej Doliny, dwa pod kierunkiem W. Tyłki i S. Zdyba - przeszukać obydwa żleby północnej ściany Małego Jaworowego, czwarty wreszcie, który sam prowadziłem, miał od Przełęczy Zielonej przejść granią na Mały Szczyt Jaworowy i stamtąd północną ścianą zjechać na linach w dolinę. Ze mną między innymi był śp. Jerzy Żuławski i Jakub Wawrytko.
Pogoda była dobra, chwilami jednak mgły po turniach się przesuwały i ciepły deszczyk szumiał po skałach.

Pokonawszy trudności grani byliśmy już pod turniczką oddzielającą nas od szczytu, gdy Wawrytko, który szedł wówczas przodem, zatrzymał się i z przełączki jął pozierać w dolinę. Coś krzyczał ku tamtym na dole. Po chwili zawołał do nas:
- Klimek znajdziony!
Zwłoki wypatrzył z góry oddział Zdyba w żlebie, o którym na początku mówiłem. Ciało Klimka na wpół z odzienia odarte, pogruchotane i pozbawione połowy głowy, przywalone było ogromnym głazem. Serdak i kabat zostały wysoko na ścianie, trzewiki zdarło mu z nóg. Tak w potwornym upadku z wysokości blisko 200 metrów rozebrała go skała!
Zdyb i Bednarski, którzy zwłoki dostrzegli, do tego stopnia byli wstrząśnięci odkryciem, że nie odważyli się w żleb zjechać na linach i zeszli drogą poprzednią. Wszystkie oddziały zeszły również w dolinę. Chmury tymczasem znowu niebo zawlokły zasłoną deszczu zimnego i przenikliwego. Udaliśmy się przeto z górnych pięter doliny na skraj lasów i tam, rozpaliwszy watry, pod gołym niebem noc przepędzili.
W niedzielę - deszcz w dalszym ciągu. Ze żlebu, w którym leżało ciało Klimka, spadał na piargi potężny wodospad. O dostaniu się do żlebu nie można było myśleć. Puściłem więc wszystkich do domów, z wyjątkiem siedmiu, z którymi miałem znieść ciało. W liczbie ich byli: Jerzy Żuławski, Wawrytko, Marusarz i Tyłka. Z nimi zanocowałem w papierni.
W poniedziałek deszcz. Podeszliśmy pod ścianę. Tym razem okryła się ona cała lodem, jak pancerzem i broniła człowiekowi przystępu. Nie chciały góry oddać ciała Klimkowego, uważając je za prawowitą swą własność i pragnąc zatrzymać u siebie. Przemocą trzeba było ciało im wydrzeć!
Zeszliśmy więc niżej i czekali na polepszenie pogody. Istotnie deszcz ustał, a pancerz lodowy jął kawałami odpadać. Ruszyliśmy z powrotem pod ścianę. Górale nieśli ze sobą drabinę, skleconą w lesie ze smreczków.
Podeszliśmy najpierw piargami, następnie wąską szczeliną pomiędzy ścianami a potężnym zwałem zlodowaciałego śniegu, to wspinając się skałkami, to zapierając się w owej szczelinie, dotarliśmy do progu. Tutaj przewodnicy ustawili drabinę i Tyłka wydostał się na wierzch, za nim Wawrytko i Marusarz. Podążyłem ku drabinie, ale wstrzymali mię przewodnicy, oświadczając, że żleb jest w tym miejscu tak ciasny, iż dla czterech miejsca nie będzie. Wyrąbałem więc stopnie w pionowej ścianie śniegu, po których z J. Żuławskim wywspinaliśmy się na krawędź śnieżną i tam na powrót przewodników czekali. Spadające kamienie ustawicznie pruły powietrze ponad naszymi głowami. Dr Żuławski przymocował sobie do głowy w kilkoro złożony serdak, wszakże ta ochrona była bardzo wątpliwa. Trzeba było zdać się na los szczęścia: trafi, nie trafi, i czekać cierpliwie.
Do ciała nie było daleko, toteż niebawem ukazali się przewodnicy, wlokący zwłoki Klimkowe. Rzucili nam koniec liny, za pomocą której skierowaliśmy zsuwające się ciało na śniegi. Stąd spuściliśmy je dalej na linach na piargi.
Późnym wieczorem stanęliśmy znowu na tej samej polanie i znowu komisja węgierska przystąpiła do swych rzędowych czynności.
Zwłoki zostały do trumny złożone i na drugi dzień (16 sierpnia) orszak żałobny wyruszył do Zakopanego.
Pogrzeb Klimka był żywiołową manifestacją sympatii, uznania i szacunku, które wśród wszystkich warstw społeczeństwa posiadał ten sławny przewodnik, najlepszy człowiek i zarazem szczery polski taternik.

ZE STRONY
http://www.gory.info